Chodzę po zakupy jak każdy inny śmiertelnik. Coś trzeba ugotować, coś trzeba położyć na kanapkę. Coś trzeba pić… oczywiście mam na myśli napoje takie jak herbata, kawa
W pobliżu mojego domu jest sklep, który przeszedł co prawda transformację z poprzedniego ustroju ale nie we wszystkich aspektach jego działalności. Transformacja na pewno dotyczyła ilości towaru na półkach. Jest tego tam dużo więcej niż w poprzednim ustroju. Co się natomiast moim zdaniem nie zmieniło? Nie zmieniły się miny i zachowania Pań ekspedientek.
Przykład numer 1 - Pani od ważenia warzyw. Jest wiecznie niezadowolona i dosłownie odwrócona plecami do petentów. Ci ją tam nieustannie nagabują, żeby zwarzyła ziemniaczki, cebulę, kapustę i inne podobnie mało wykwintne towary a Ona z miną dzikiego zwierza rzuca im te torebki z wiktuałami na ladę.
Rozbawiła mnie mocno przed świętami kiedy jakaś starsza Pani poprosiła o zważenie karpia. Jedynym kryterium ważnym dla niej było to aby ryba nie była zbyt duża. Co usłyszała w odpowiedzi? Dowiedziała się, że w tym wielkim basenie nie ma ani jednego karpia, który odpowiadałby jej kryteriom. Ekspedientka poradziła Pani, żeby rybę poszła sobie kupować na pobliski bazarek. Tam na pewno mają to o czym starsza Pani marzy. I Pani sobie poszła.
Kolejna sprawa, która mnie rozśmieszyła i zastanowiła miała miejsce przy dokonywaniu płatności za wybrane produkty. Stoję przy kasie. Pani wszystko skrupulatnie sumuje, dopytując koleżanki ile co kosztuje ponieważ podstawą jest to, że na produktach nie ma cen albo są błędne. Tak więc Panie się wszystkie między sobą konsultują a klient często dowiaduje się, że to co wybrał nie kosztuje X ale kosztuje Y i że może zrezygnować z zakupu jak mu się ta cena nie podoba. W moim koszyku natomiast znalazła się między innymi rzeczami zupa grzybowa. Na marginesie dodam, że naprawdę dobra. Pani długo szukała ceny w swoim tajemnym notatniczku, potem przystąpiła do konsultacji z koleżankami. W wyniku, których ustalono, że zupa kosztuje powiedzmy Z. Pani spojrzała na mnie z prawdziwą zgrozą i oznajmiła:
- Proszę Pani ta zupa kosztuje Z. Ona jest bardzo droga. Czy na pewno chce ją Pani kupić?
Zatkało mnie. Dodam, że Z nie mieści się w kategorii pt. cała pensja, pół pensji, nawet jedna czwarta pensji. Zupa jak zupa może i trochę więcej złociszy za nią chcą niż za inne ale naprawdę jest dobrej jakości. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że tak, nadal chcę tą zupę i udało się sfinalizować transakcję.
Już po przyjściu do domu zaczęłam się jeszcze zastanawiać czy może mój wygląd zewnętrzny sugerował, że zakupienie tej zupy jest całkowitą fanaberią i w trosce o moje żywienie do końca miesiaca spowodowało u Pani ekspedientki taką reakcję. Nie wiem, nie wnikałam w to. Niemniej jednak sytuacja wydała mi się co najmniej zabawna.