Taki sobotni tygodnik dla kobit mi wpadł w ręce. Wyczytałam tam długi artykuł o tym jak to jedne ludziki mogą nękać innych. Nachodzić, ofiarowywać prezenty, nagabywać. Temat sam w sobie wcale nie jest śmieszny. Mimo to jeden akapit tego czegoś rozbawił mnie do łez. Co tam można się było dowiedzieć. Pani z imienia i nazwiska ( specjalnie sprawdziłam w całym tym tworze ani nigdzie poniżej nie było napisane, że imiona lub nazwiska zostały zmienione ) opisuje jak to zdradzała męża ze swoim o 14 lat starszym od siebie szefem. Kiedy w końcu temu starzejącemu się szefowi oznajmiła, że nic z tego nie będzie dalej biedak się sfrustrował do tego stopnia, że zaczął ją na łamach różnych internetowych blogów, forów nękać. Tak ją nękał aż zajęła się nim policja. Dobrze, że się zajęła ale to co potem następuje jest prawdziwie interesujące. Pani opowiada o tym, jak to się bała i nadal się boi. Czego się bała? Otóż tego, że mąż się dowie !!! To chyba jakiś żart… Jak żesz ma się nie dowiedzieć skoro Pani Kowalska będąca żoną Kowalskiego wymieniona z imienia i nazwiska opisuje to wszystko w babskim tygodniku dodawanym co sobota do jednej z najbardziej rozpoznawalnych gazet codziennych. Dobre… naprawdę dobre. Słowem ciekawe czy Pan Kowalski sięgnie po tą gazetę i znowu Panią Kowalską będzie ktoś prześladował… tym razem zdradzony mąż…
Święto i Madonna
Posted by admin on Saturday Aug 15, 2009 Under PrzemyśleniaDziś święto kościelne. Dziś też dzień, w którym pierwszy raz do naszego zaściankowego kraju przyjechała na koncert Madonna. Odbywa się on zresztą mniej więcej rzut ciastkiem od mojego mieszkania. Tak więc nawet jakoś słyszałam przytłumiony, bo przytłumionygłos Madonny. Ciekawie się złożyło, że dziś jest święto innej kobiety, bardzo poważanej którą też zwie się Madonną - ale w innym zapewne znaczeniu. Święto kościelne tak więc odpowiednio powinno się je celebrować. Kościołowi nie spodobało się, że ludziska chcą iść na koncert pięćdziesięcioletniej babki, co to słynie z kontrowersyjnych zachowań. Obraza moralności oraz to sławetne naruszanie uczuć religijnych wyjechały na tacy jako danie główne. Ja jednak przy tej okazji miałam dziś bardzo ciekawą obserwację. Wyjechaliśmy dziś na działkę. Działka mieści się na wsi. Może nie jest to wieś zabita dechami ale jest to miejsce, w którym obowiązują chyba obyczaje żywcem jeszcze wzięte ze średniowiecza. Takich miejsc w naszym pięknym kraju wcale nie jest tak mało. Dojeżdżamy do tej naszej wsi a tam na środku drogi ni mniej ni więcej a odpust. Stragany z plastikowym badziewiem, mnóstwo ludzi kroczących ospale środkiem drogi. Wata cukrowa, obwarzanki, lody, różowe obcisłe sukienki i te tłumy tłoczące się przy pluszowych małpkach, wiatraczkach uderzających siłą wodospadu po oczach kolorami, no i oczywiście balony napełniane helem. Nie dało się przejechać. Czekaliśmy ze dwadzieścia minut, żeby udało nam się przebić przez odcinek drogi, który w sumie miał może z pięćset metrów. W końcu się stamtąd wydostaliśmy. Po południu natomiast rozpoczęła się impreza w wiejskiej remizie. Po lesie niosło się umcy, umcy lokalnej orkiestry, doniosło nawet do nas kawałek jakiegoś tekstu o majteczkach w kropeczki.
W związku z tym rodzi się we mnie pytanie … Dlaczego jest tak, że wszyscy Ci, którzy zgromadzili się w tej remizie, przytupując do umcy, umcy o majteczkach, pijąc wódkę czy co tam się jeszcze nawinęło nie narazili na szwank niczyich uczuć religijnych? Może dlatego, że cała wieś już tam była? Może dlatego, że kilka godzin wcześniej grzecznie poszli do kościółka, a zaraz po nim udali się na świąteczny odpust? Może nie bez kozery odpust nazywa się odpustem?
Tak sobie myślę, że może gdyby tak ktoś wpadł na pomysł, żeby Madonnę i jej fanów wysłać na odpust zanim rozpocznie się koncert to nie byłoby później już żadnego szumu dotyczącego jej koncertu? Skoro na wsi się bawią zaraz po spełnionym obowiązku w kościele i nikt nie ma im tego za złe ponieważ nie obrażają niczyich uczuć drąc się przez cały las zapijaczonymi głosami…
Warszawski Ogród Zoologiczny
Posted by admin on Sunday Feb 8, 2009 Under PrzemyśleniaWybraliśmy się do ZOO. Dawno tam nie byłam. Pamiętam jednak jeszcze te wszystkie wizyty, które miały miejsce jak byłam małą dziewczynką. Pamiętam jak mama oburzona powiedziała, że idziemy stamtąd po tym jak zobaczyliśmy smutne zwierzaki, które na małych wybiegach kołysały się w rytm nieistniejącej muzyki. Wyglądało to tak jakby wszystkie miały chorobę sierocą. To był bardzo smutny widok. Od tamtej pory nie przepadam za miejscami, w których dla przyjemności odwiedzajacych są przechowywane w zamkniętych klatkach biedne zwierzęta.
Teraz poszliśmy jednak do Ogrodu. Chciałam sprawdzić jak tam jest po tych wielu latach. Nie była to może najcudowniejsza wizyta ale jestem mile zaskoczona. Wiele zwierząt ma czyste i w miarę duże klatki. Widać, że są zadbane. Genialny był goryl, który siedział po turecku na gałęzi. Oparł nogi i łapy o szybę. W pozycji kwiatu lotosu siedział wyluzowany i patrzył na zwiedzających. Powstało pytanie “kto kogo obserwuje?” On nas czy my jego?
Oczywiście w porównaniu z parkiem zwierząt, który oglądaliśmy na Teneryfie ogród zoologiczny, o którym mowa ma jeszcze wiele do nadrobienia. Wybiegi dla niektórych zwierząt są stanowczo za małe - na przykład tygrys, który krążył po swojej mikroskopijnej klatce w tą i z powrotem. Nie miał nawet cienia szansy, żeby móc przebiec chociaż dziesięć metrów. Krokodyle, które siedziały w ciasnej, betonowej sadzawce bez szans na możliwość przekręcenia się w niej.
Dużo nauczyć się też muszą odwiedzający. Kompletny brak zrozumienia, empatii. Skoro już te zwierzęta siedzą w tych klatkach i są skazane na życie w niewoli to może warto im tego życia jeszcze bardziej nie uprzykszać? Jeżeli przed klatką, terarium, szybą przewinie się kilkaset osób, każda wyciągnie aparat i błyśnie fleszem po oczach zwierzakowi to naprawdę nie trzeba dużej wyobraźni żeby zastanowić się jakie to musi być stresujące. Flesz to jedno, drugie to takie czerwone kropeczki, które pojawiają się jak aparat łapie ostrość. Siedzi sobie lemur i dostaje po oczach najpierw tymi kropeczkami czerwonymi a potem fleszem. Smutne, że jesteśmy tacy zadufani w sobie i przekonani o swojej wyższości, że dla własnej przyjemności krzywdzimy te zwierzęta nie widząc nawet w swoim zachowaniu nic niewłaściwiego.
Druga sprawa. Na drzwiach jest napisane, że zwierzęta znajdujące się w tym pawilonie nie lubią hałasu i prosi się o zachowanie ciszy. Co się dzieje w środku? Najpierw pierdut drzwiami. Potem wzajemne pohukiwania, darcie się, pukanie w szybę, wrzaski dzieci. Prosty, jasny i czytelny komunikat. Sprawmy razem, żeby te zwierzęta miały przynajmniej minimalny komfort i nie wydzierajmy się tak, że będą podskakiwać z przerażenia. Nie działa. Właściwie dlaczego miałoby działać? Po co zastanawiać się nad tym, czy moje zachowanie może sprawić komuś ból? To takie mało interesujące. Lepiej iść jak taran i generować śmieci, hałas, wrzask i chełpić się swoją “wysoką” pozycją w otaczającym nas świecie. Człowiek brzmi dumnie? Coraz mniej we mnie takiego przekonania…